Spotkanie - Jarosław Klecha - radosna twórczość własna :-)
Trzy... cztery... pięć. Starannie odmierzane krople powoli spływały w dół. Odstawił flakonik. Przymknął oczy i pomyślał o zbliżającym się spotkaniu. Kiedyś, dawno temu spotkał to - ból rozrywający ciało, duszę i rozum na szmatki do przecierania rondli. Teraz będzie przygotowany.
Wiedział, że spotkania nie da się uniknąć. Kilka już lat studiował stare receptury, krążył po okolicznych lasach w poszukiwaniu potzebnych ziół, przetrząsnął wiele miejsc, o których rozprawiano w mądrych księgach.
Zdjął z haka nad kominkiem mieszek ze żmijowej skóry. Jenda szczypta. Przyjżał się wysypanemu proszkowi. Nie, nie zmienił koloru. To dobrze. Kiedyś użył starego ziela i rzygał tak, że prawie czuł żołądek spadający na stół. Wstrząsnął się na to wspomnienie i zaczął intensywnie ucierać zawatość garnuszka. Po chwili sięgnął na półkę. Delikatnie, samymi opuszkami palców chwycił kolczastą kulę, z której wydłubał kilka niewielkich nasionek. To był ważny moment. Eliksir bez tego nie działał. Jeśli nasion było za dużo, zabijał. A każda roślina jest inna. Jedna słabsza, druga mocniejsza lecz obie śmiercionośne. Odliczył trzy tuziny nasionek i wsypał. Już chciał odstawić najeżony owoc, gdy palce same złapały jeszcze kilka nasion. A niech tam - pomyślał. Znowu rytmiczne ucieranie. Jeszcze kilka kropel wody z leśnego stawu i gotowe. Uniósł naczynie i wypił zawartość bez zastanowienia. Teraz może już ruszać.
Kiedyś było inaczej. wiedzę gromadził z czystej fascynacji przyrodą i kosmosem. Teraz wykorzystywał wiedzę jak potrafił. Spotkanie zbliżało się w czasie i przestrzeni.
To tu. Surowe białe wnętrze, cisza i spokój. Narazie. Drzwi otworzyły się i wezwano go. Wszedł i zajął należne mu miejsce.
- Ze znieczuleniem? - spytał dentysta.
- Nie trzeba doktorku. W domu sam sobie przywaliłem co trzeba. - odrzekł.